Za kulisami bloga…

IMG_5345

Od dłuższego czasu zabierałam się za ten wpis. Do końca jednak nie jestem przekonana, czy będzie to dla Was jakaś wartość dodana – zawsze jednak można spróbować. Odkąd porzuciłam pracę w HR i na dobre zaangażowałam się w kulinarne blogowanie minęło sporo czasu. Z sentymentem spoglądam na archiwum bloga – na większą część zdjęć ledwo patrzę i zadaję sobie pytanie: czemu do licha jest kilka pod rząd tych samych ujęć? W najstarszych wpisach np. przy słodkich przepisach etapy przelewania ciasta do formy, to kolaż z przeszło kilkunastu zdjęć?! Czym spowodowane były te natrętne próby udokumentowania tak zwyczajnego procesu? Ze starszych wpisów szybko jednak spoglądam na pozostawione przez Was komentarze i miło mi, że jesteście! Pal licho te powtarzające się kadry. Najważniejsza jest energia, którą tu zostawiacie…

W napływających wiadomościach i komentarzach często pytacie o tzw. kulisy bloga. Czy byłam na kursach fotografii, kto realizuje mi zdjęcia w trakcie gotowania, czy rzeczywiście wszystkie słodkości są od razu przeze mnie spożywane, czy gotuję wyłącznie na potrzeby bloga, gdzie kupuję naczynia, czy blat dębowy sprawdza się w trakcie gotowania… Nie wiem, czy moje odpowiedzi Was zadowolą ale postaram się chociaż w części coś opowiedzieć.

IMG_6076

Oświetlenie. Bez wątpienia światło jest dla mnie najważniejszym aspektem w codziennej pracy. Wszystkie zdjęcia które realizuję na potrzeby bloga lub dla czasopism są zawsze wykonywane przy świetle dziennym. Kuchnia z jadalnią usytuowana jest od zachodniej strony, więc mam to szczęście że jest przestronnie. Biel ścian i szafek kuchennych wzmacnia ten efekt. Przez większą część roku zdjęcia wykonuje w swojej kuchni lub piętro niżej, gościnnie u mojej Mamy (mamy to szczęście, że mieszkamy w domu jednorodzinnym). Z kolei od maja do późnej jesienni uwielbiam przenosić cały plener zdjęciowy na zewnątrz – do ogrodu, na plażę lub na łąkę. Bułeczki drożdżowe z jagodami podane na drewnianej tacy z serwetą w kratkę sfotografowane na tle falujących zbóż mają większą pewność, że zostaną odtworzone niż podane na blacie kuchennym. Przy tworzeniu pierwszej książki eksperymentowałam z różnymi plenerami i powierzchniami. Pamiętam jak przy zdjęciach do letniego koktajlu (rozdział: śniadania, lato) zerwałam się o 5:30 żeby o 6:00 być już na plaży, gotowa do zrealizowania jednego dobrego zdjęcia. Ostatecznie zrobiłam ponad 90, z efektu do końca nie byłam zadowolona, a cały koktajl został oprószony piaskiem i niestety pomimo pięknej scenerii nie był za nadto apetyczny. Przerost formy nad treścią dopada niestety w najmniej oczekiwanym momencie :P

IMG_6046

Grunt to porządek! Łatwo mówić – trudniej o wykonanie. W kuchni mam sporo starych przerdzewiałych łyżek, chochli które nie nadają się do codziennego użytku, ale mam do nich duży sentyment i lubię wykorzystywać w zdjęciach. Przechowuję je zatem oddzielnie i zawsze mam pod ręką gdy zaczynam fotografować. Może dlatego tak bardzo lubię fotografię kulinarną, bo można pracować nad potrawą i stylizować ją do woli!

IMG_6019

W komentarzach często padają pytania o poradę przy zakupie garnków. Specjalistą niestety w tej dziedzinie nie jestem – trzeba by było zapytać się profesjonalnego kucharza, który ma doświadczenie przy prawdziwej eksploatacji. Ja mogę Wam jedynie powiedzieć, że mam swój ukochany żeliwny garnek z IKEA (smażę, gotuję, nawet chleb udało mi się upiec). Co prawda marzę o białym Le Creuset ale jest niebotycznie drogi. Zdarzają się jednak okazje w TK Maxxie, więc wszystko przede mną. Miedziane garnki to również duża przyjemność gotowania. Kilka sztuk udało mi się przywieźć z paryskiego Dehillerin – reszta to prezenty lub wypatrzone egzemplarze ze strychów znajomych.

IMG_6056

Kiedy stylizuję potrawy, korzystam z wielu różnych akcesoriów. Uwielbiam wygrzebywać ze starych piwnic najprzeróżniejsze skarby. Mam to szczęście, że spora część porcelany i sztućców jest rodzinna i udało się ją zachować przed różnymi wojennymi grabieżami. Duża część pochodzi również od strony mojego męża – teściowe są miłośnikami antyków i dokładnie rozumieją mnie w moich poszukiwaniach zardzewiałego widelca,  emaliowanego dzbanuszka lub talerzyka z Ćmielowa. Nie ma też dnia, żebym nie zaglądała na Olx.pl (dawna tablica) – to właśnie tam upolowałam za 80 zł stolik kawowy z żeliwną nóżką i marmurowym blatem – idealny jak z paryskiej patisserie. Teraz poszukuję trochę większego, z drewnianymi toczonymi nóżkami i blatem marmurowym z cienką grafitową nitką. Uwaga – założony budżet to 250 zł :-)

IMG_6023

Zawsze z niecierpliwością czekam na coroczny Jarmark Św. Dominika na którym znaleziony stary widelec za 2 zł to największy łup!

IMG_6069

Stworzenie pięknie wyglądającej potrawy jest wielką sztuką! Zachęcenie Czytelnika do odtworzenia jej u siebie – w domowych warunkach – to jeszcze większe wyzwanie. Oczywiście mam świadomość, że każdy z nas ma inne zdolności kulinarne, inny piekarnik (albo jego brak) i produkty (niekoniecznie kupione w ten sam dzień). Ale to nie usprawiedliwia mnie i mobilizuje do jeszcze większej precyzji w opisywaniu sposobu wykonania. Kiedy fotografuję żywność najczęściej sięgam po jasne naczynia – białe talerze z IKEA są niezastąpione. Ich rustykalny kształt sprawia, że łatwo można skomponować je ze starą lub wzorzystą porcelaną. Cena też zachęca. W moich zbiorach jest dużo małych talerzyków i miseczek. Ułożenie potrawy na mniejszych talerzach ponoć wizualnie zwiększa wielkość potrawy i jej ilość. Jak każdy z nas mam też swoje ulubione talerze, na których praktycznie wszystkie potrawy mogłabym fotografować. Pochodzą one z niewielkiej pracowni Spiek Ceramiczny – toczone na kole garncarskim – są ujmujące w swojej prostocie i jednocześnie funkcjonalne.

IMG_6029

Do zdjęć często wykorzystuję stare deski (np. mogą to być tzw. plecy starej szafy) cześć z nich maluje i dzięki temu mam własne i niepowtarzalne blaty. Chętnie korzystam z rulonów imitujących marmur (dostępne w Castoramie – chociaż w OBI są szlachetniejsze odcienie). Stare skrzynie po jabłkach, deski szalunkowe, belki – trzeba się jedynie dobrze rozejrzeć. Przy zdjęciach plenerowych sprawdzają się blaty z naciągniętymi obrusami (przypiętymi z boku pinezką). Są poręczne i nie trzeba mieć przy sobie żelazka.

IMG_5373

Jak pewne zauważyliście uwielbiam na zdjęciach akcenty kwiatowe. Im bardziej naturalne tym lepiej. Kolory dowolne – chociaż przeważa beż, róż, pudrowe odcienie i biel. Kocham piwonie, lewkonie, eustomy, frezje, hortensje, bzy, łubin – niestety większość to czerwcowe kwiaty. Są jednak miejsca, gdzie niezależnie od pory roku dostanę takie cuda (Narcyz Pracownia Florystyczna). Czasem zaglądam tam wyłącznie po jednego tulipana albo gałązkę tzw. suszków do wypełnienia bukietów. Jak każdy na początku odkrywania nowej dziedziny, miałam swoje wpadki blogowo – kulinarne (i z pewnością jeszcze ich wiele). Tak bardzo lubię stylizować ciasta kwiatami, że bez wahania udekorowałam babeczki świeżymi konwaliami. Ponoć są trujące i lepiej żeby były jak najdalej od wszelkich potraw. Odkąd odkryłam profil roślinne porady zdarza mi się rzadziej popełniać takie przewinienia. Pan Sebastian, który tworzy tę stronę z niezwykłą pasją doskonale opisuje którą część rośliny możemy bez obaw zjeść, przetworzyć i zrobić różne inne cuda (prowadzi również warsztaty).

IMG_5341

IMG_5375

W porze letniej niezastąpione są bukieciki za 5 zł od Babulinek.

IMG_5322

IMG_6111

Odpowiedni dobór materiałów do stylizacji zdjęć to spora wygrana! Osobiście najbardziej lubię len, bo można nim wyczarować różne efekty. Ten na zdjęciu pochodzi z rodzinnej manufaktury Lumio. Ostatnio to mój zestaw bez którego nie ruszam się ani na krok :) Lubie też zwykłą bawełnę – taką z belki od pani z pasmanterii i oczywiście białe ściereczki z Ikea za 1,79 zł. Część moich fartuchów sama uszyłam – mniejsze dla Hani zdecydowanie jednak lepiej wyszły.

IMG_5990

Fotografia kulinarna to jedna z największych przyjemności, które mogły mnie spotkać. Kocham jedzenie i wszystko co się wytwarza wokół stołu a umiejętność dojrzenia tych emocji i możliwość sfotografowania to moja pasja! Sporą część czasu poświęcam jednak na przeglądaniu stron, blogów – nie tylko tych kulinarnych. To dzięki częstemu śledzeniu i wzajemnemu inspirowaniu się ta praca wydaję mi się stale ciekawa! Czyż ten adres geraldinemunoz.com nie jest inspirujący?

IMG_6090

Wydawać się może, że zdjęcie potrawy to kilka chwil a prowadzenie bloga to jedynie dodatek do. Z początku również byłam tej myśli, do momentu gdy stronę zaczęło odwiedzać coraz więcej osób. Dziennie ilość Czytelników przewyższa ponad 9 000 osób. Zakładając, że co 100 osoba zwróci się do mnie z jakimś pytaniem czy bezpośrednią wiadomością sprawia, że te parę godzin codziennie poświęcam przy komputerze. To dla mnie bardzo istotny aspekt przy prowadzeniu mojej strony, bo w ten sposób mogę oddać Wam szacunek, podziękować za odwiedziny ale również w miarę możliwości podpowiedzieć. Wasze komentarze pomagają mi też obrać kierunek w jakim charakterze mają powstawać wpisy. Kiedyś na potrzeby wywiadu musiałam policzyć ile mniej więcej poświęcam czasu na jednorazowy wpis. Szacując że mniej więcej 2 godziny spędzam na zakupach, 2-3 godziny na przetworzeniu jedzenia (gotowanie, smażenie, pieczenie), 1-2 przygotowanie pleneru zdjęciowego (jeżeli w domu, to dobranie naczyń, ustawienie światła, statywu, blendy, dobranie materiałów, prasowanie), realizacja zdjęć 1-2 godziny, ok. 1 godziny doprowadzenie mieszkania do porządku, 2 godziny selekcja i wybór zdjęć, opis, krótki komentarz. Chyba nawet więcej niż 8 godzin. Wszystkie te prace każdy z nas może powiedzieć, że też wykonuje u siebie w domu i nie ma w tym nic nadzwyczajnego, ale łącząc prace zawodową z prowadzeniem domu mam większy komfort. Jednak wymaga to ode mnie większej mobilizacji, dyscypliny i samozaparcia. Czasem z utęsknieniem powracam do wspólnej kawy pitej wśród wybitnych specjalistów HR, wspólnych rozmów dopingujących do intelektualnego rozwoju czy do określonego czasu pracy. Mamy różne okresy w życiu i zdaję sobie sprawę, że życie lubi zaskakiwać i pewnego dnia też z utęsknieniem będę powracać do czasów blogowania. Na razie cieszę się z tego co mam.

IMG_6115

Kluczem do uzyskania dobrej jakości wyglądu potraw są świeże składniki. To wydaję się oczywiste, ale czasem nie zawsze osiągalne. Robiąc codziennie zakupy niestety jestem dość wybredna. Na szczęście mam już swoich zaprzyjaźnionych panów na orłowskim targowisku, których delikatna uwaga, że sałata musi być świeża żeby dobrze wyglądała na zdjęciach – nie deprymuje. Duża część produktów pochodzi z popularnych supermarektów. Lubię zaglądać do sklepów ze zdrową żywnością – chociaż mam świadomość, że spora część produktów jest zdecydowanie tańsza przez internet (np. biosklep). Ilekroć są dobre wiatry i odpowiedni sezon, to stoję z siatką w kolejce po flądry lub śledzie. Takie prosto z kutra. Odpowiadając na często padające pytanie czy wszystko co ugotuję udaje nam się zjeść – szczerze, odpowiadam że tak. Staram się bardzo zwracać uwagę na ilość jedzenia, która pozostaje po sesji zdjęciowej. Gdzieś w głowie mam przykazane, że jeżeli zostawisz resztki i je wyrzucisz to kiedyś Ci zabraknie. Na całe szczęście mamy dwa psy, kota i zaprzyjaźnione gołębie. Nic się nie zmarnuje (w przypadku słodkich wypieków mrożę z karteczką o dacie).
IMG_6128

Na końcu z przyjemnością przedstawiam Wam ,,moją Agę” bez której nie byłoby zdjęć z moimi dłońmi – a czasem moją buzią :-) Agnieszka jest studentką najpiękniejszego kierunku (przynajmniej dla mnie) – historii sztuki – z ogromnym zapałem i niezwykłą skromnością (długo ją namawiałam na to zdjęcie :)).

Nie wiem, czy zainteresowałam Was tym wpisem – jeżeli uznacie że tak – to mogę przygotować kolejny wpis o moich ulubionych stronach, które odwiedzam. O czasopismach na które czekam co miesiąc z niecierpliwością. Tymczasem pozdrawiam Was ciepło i czekam na Wasze komentarze.