
Styczeń, jak na styczeń, okazał się wyjątkowo długi i zaskakująco bogaty w spotkania, rozmowy i wspólne chwile. Ich naturalnym domknięciem był urlop, na który czekaliśmy od miesięcy. Już w połowie zeszłego roku, wiedząc, że Warszawa i Trójmiasto mają wspólny termin ferii, zaplanowaliśmy zimowy wyjazd w gronie przyjaciół – tak, by móc razem celebrować ten czas na włoskim Kronplatz. Było nas wielu i bardzo różnorodnie – nastolatki, zerówkowicze, kilkumiesięczne maluchy i oczywiście dorośli. W takiej konfiguracji czas płynie inaczej – weselej i jednocześnie intensywniej. Dzieci z łatwością budują relacje, a znany dotąd świat zaczyna wyglądać trochę inaczej, jakby oglądany z nowej perspektywy. Po ostatnim, bardzo intensywnym półroczu trzymam się zasady, by nie planować zbyt wiele. Na razie nie zapisuję w kalendarzu nowych książek ani dużych projektów… choć pewnych rzeczy, jak to zwykle bywa, wciąż nie wykluczam. Zwłaszcza tych, które lubią pojawiać się znienacka :)
Na te najbliższe mroźne godziny zaparzcie sobie ulubiony napar z miodem i imbirem albo ugotujcie kompot z jabłkami, gruszkami i cynamonem, i obejrzyjcie ze mną tych kilka styczniowych kadrów. Moje ulubione to oczywiście te mroźne, już mocno viralowe pocztówki z naszej zamarzniętej Zatoki Gdańskiej.

Kto by pomyślał, że odśnieżone schody w centrum Warszawy wzbudzą taką radość!

To właśnie na tym szezlongu swoje chwile spędzała Helena Paderewska – żona Ignacego Paderewskiego – ale jej rola zdecydowanie wykraczała poza sam tytuł „małżonki wielkiego artysty”. Była jego najbliższą partnerką życiową, powierniczką i ogromnym wsparciem – zarówno w działalności artystycznej, jak i społecznej oraz politycznej. znana była z klasy, taktu i zaangażowania w sprawy społeczne. Aktywnie działała charytatywnie, szczególnie na rzecz Polski, zwłaszcza w trudnych momentach historii.

Jako dziecko miałam do tego miejsca szczególny sentyment – pamiętam, jak przed Hotelem Bristol powiewały flagi, a ja patrzyłam na nie z zachwytem, czując, że to miejsce jest ważne, choć wtedy nie umiałam jeszcze powiedzieć dlaczego. Drzwi wydawały się ciężkie jak tajemnica, a klamki lśniły tak, że bałam się ich dotknąć. Trzymałam Mamę za rękę i myślałam, że to miejsce musi być pałacem, tylko takim prawdziwym, nie z bajki. Najbardziej lubiłam windy. Stałam bardzo prosto, bo wydawało mi się, że hotel patrzy i że trzeba się tu zachowywać ładniej niż gdziekolwiek indziej. Wyobrażałam sobie, że w pokojach mieszkają damy w długich sukniach i panowie, którzy piszą listy piórem. Myślałam, że ściany wszystko pamiętają. Dziś, kiedy myślę o Hotelu Bristol, nadal widzę go oczami tamtej małej dziewczynki – trochę onieśmielonej, trochę zachwyconej. To miejsce nauczyło mnie, że są przestrzenie, które nie krzyczą, tylko opowiadają historie bardzo cicho. I że czasem wystarczy wejść do środka, żeby poczuć się częścią czegoś większego

Czy Bristol bywa nawiedzany przez duchy? Czy rzekome tajemne przejście do Pałacu Prezydenckiego w ogóle istnieje? Czy faktycznie 2 miliony rubli wystarczyło na ukończenie budowy hotelu? To tylko nieliczne pytania, które rozpalają wyobraźnię gości Bristolu.

Temat śniadań to zawsze ekscytacja – podobnie jak rozmowy o dobrych manierach i hotelowej etykiecie ;-)

Uczta z warszawskimi kuzynami w DOCK19 Mateusza Gesslera. Dawno tak nam nie smakowała polska kuchnia :)

Ach te adresy na słynnej Mokotowskiej!

Kontakt z wnętrzami muzealnymi jest dla mnie sam w sobie najbardziej inspirującym momentem. Lata temu odkryłam, że nawet 15 minut spędzonych w przestrzeni, w której ktoś coś stworzył, potrafi wyciszyć moje poczucie chwilowej beznadziejności i rozproszyć brak motywacji do działania. To taki cichy reset – bez presji, bez oczekiwań, tylko obecność czyjaś uważna myśl zamknięta w przestrzeni.

Może w przyszłości też będzie wybierał kawiarnie muzealne?! :D | Warszawskie Rumory

Detale w restauracji Park Café!

A teraz czas na zimowe kadry z naszych śnieżnych Kaszub i z pierwszego w tym roku kuligu!

Ognisko, kiełbaski i śniegowe pączki. Humory dopisują!

Ulubiony kapturek od dziewczyn z MLE to cudowna alternatywa dla wszystkich gryzących czapek, po których cała fryzura idzie na marne :)

Wychodzimy na przeciw Buce :) Ci co wiedzą, to wiedzą :)

Styczniowe wieczory z Poza Ramami.

Odliczając do zimowych ferii nadrabialiśmy zagraniczną prasę. Uwielbiam wszystkie magazyny podróżnicze, a YOLO to nasz numer jeden!

Cisza przed burzą na gdańskiej starówce.

Zawsze zastanawiam się, jak za pomocą zdjęć oddać nastrój pracy i ilość wykonanej pracy, której i tak nie widać. Ile zostaje w kadrach, a ile znika poza nimi – w myślach, decyzjach, poprawkach, czasie spędzonym na próbach i wątpliwościach.

Za wszystkim, co dobre i wartościowe, zawsze stoi zgrany Zespół | Fikka Bar

Przez prawie cały styczeń testowaliście smaki Południowego Tyrolu, a ilość przesyłanych wiadomości zupełnie mnie przerosła. Dziękuję za tak liczne odwiedziny!

Powyższe przepisy oczywiście pochodzą z mojej książki. Polecam w pierwszej kolejności odtworzyć ziołowe risotto, chociaż zupa gulaszowa, też jest doskonała!

Przyjemności, które spotkały mnie tego wieczora! :*

Domowe kąty,

Gdy dobre duszyczki wiedziały, jak skraść moje serce :) Oczywiście, najlepiej smakowały o północy, gdy wszyscy domownicy smacznie spali :) Słodkości prosto z Pszczyny.

Domowe obiady w mroźne dni, czyli zdjęcie 23109!

Bukiet jaskrów, brak choinki i ulubiony kubek, czyli małe styczniowe przyjemności.

Wczesne śniadanie i czas w drogę!

Ustalanie tras narciarskich i punktu odbioru dzieci ze szkółki narciarskiej.

Pierwszy wyciąg na ulubione trasy, to zawsze duża ekscytacja, no i wyczekiwana przerwa na lunch.

Frittatensuppe. Alpejski klasyk. Najlepszy wybór w momencie, gdy nie jesteście jeszcze gotowi na sznycle, kiełbasy, gulasze czy kaiserschmarrn, choć ta perspektywa już gdzieś się pojawia. Lekki, klarowny bulion i cienko krojone naleśniki tworzą danie idealnie wyważone: rozgrzewa, syci bez ciężkości i pozwala wrócić do jazdy z energią. PS. Gdyby ktoś pytał – przepis znajdziecie w mojej książce.

Zamiast cappuccino! Gorąca czekolada z obowiązkową bitą śmietaną.

Aglio olio e peperoncino to moja największa słabość. Minimalizm, po którym poznasz, czy kucharz ma talent | Oberegger Alm



W książce są również rozdziały o kultowych miejscach w Południowym Tyrolu – szczególnie polecam Wam spis zimowych i letnich schronisk.

Jeszcze nie tak dawno to na Nią czekałam, aż wróci ze szkółki narciarskiej. Teraz razem śmigamy po off-roadach i wspólnie wybieramy nasze ulubione miejsca na stokach.

Wyjątkowo – jak na ten region włoski – w tym roku mieliśmy sporo zachmurzonych dni, z ogromną ilością padającego śniegu.

Przy dużych opadach śniegu panują utrudnione warunki, a technika jazdy faktycznie wymaga siły oraz mocnejszej pracy na krawędziach nart.

Ale jak już wyjrzało słońce, to każda minuta była bezcenna!

Pisałam w książce o strudlu jabłkowym i o tym, że to deser kultowy. Ale kiedy ktoś zrobi go specjalnie dla Ciebie, poda na ciepło, a za oknem rozciąga się widok na ośnieżone szczyty – człowiek czuje się jak w innym świecie.

Zapiszcie sobie adres Graziani, będąc na Kronplatz. A jeśli tylko jesteście fanami serowych knedli z palonym masłem, szałwią i parmezanem – to rozumiemy się bez słów.

Adres do zapamiętania – Alpinn.

Nocne trasy narciarskie i tory saneczkowe. Choć narty to jedyny sport, w którym uwielbiam prędkość, na sanki nie dam się namówić – ale z przyjemnością towarzyszyłam najmłodszej części naszej ekipy.

Lumen. Lubię to miejsce. Muzeum fotografii górskiej usytuowane na samym szczycie Kronplatzu. Sporo historii fotografii związanej z górami. Ten budynek to odnowiona stacja kolejki linowej. Tak, tak. To jedno z tych miejsc, gdzie narty nie kończą się na stoku. Tu strój narciarski jest naturalną częścią kultury tego miejsca.

Przy takiej widoczności na stoku – risotto z wędzoną ricottą powinno pomóc :D

Obraz ukochanego Taty ściągającego buty narciarskie, po całym dniu szusowania – moi dzielni Panowie :*

Zróbcie koniecznie – nawet kosztem smażenia pączków w Tłusty Czartek. Serio, podziękujecie mi później! :) Przepis tu!

Tutejsza cepelia :) Skusiłam się z myślą o Wielkanocy :)

Czy ten model można nazwać jeszcze kapciuszkami?

Moje dwa waleczne Skarby :*

Po czternastu godzinach jazdy samochodem, czekały gorące placuszki jabłkowe od kochanej Babci i pokoik z dawno nie widzianymi zabawkami.

Plaża w Orłowie, koniec stycznia 2026 roku.

Powroty do ulubionych śniadań: kiszone buraki, pasta łososiowa, twaróg z prażonymi migdałami i olejem z czarnuszki pietruszka, ogórki kiszone i gorący bulion kolagenowy.

Stan zimowej hibernacji.

A na koniec dla wszystkich, którzy dotrwali tu, mój as z rękawa na mroźne dni – pieczony indyk, który robi się praktycznie sam. Mięso (najczęściej kupuję dużą pierś z polędwiczką) obkładam jabłkami lub gruszkami, dodaję marchewkę i cebulę, a całość nacieram majerankiem albo oregano. Wlewam odrobinę wody i oliwy, po czym piekę w piekarniku nagrzanym do 180°C przez około 1,5 godziny. Na sam koniec doprawiam solą i – jeśli mam ochotę – dorzucam kawałek masła dla smaku.
* *. *
Artykuł powstał we współpracy z Hotel Bristol, Południowy Tyrol [autopromocja]
a wiesz, że na Kronplatzu u nas zawsze było pół na pół, potrafi być piękna pogoda, a na drugi dzień wicher z zacinającym śniegiem na szczycie, zero widoczności, ale Olang zawsze działa i zawsze można chociaż kawałek zjechać, uściski:-)
Ach ten Olang :)))
Uciski i wszystkiego dobrego na cały luty! Niech nam szybciej wiosnę przyniesie!
Bosko opisujesz życie. Widać, że jesteś naturalna i mądra. Fajnie mieć taką Mamę.
Musisz być kochaną Przyjaciółką 🤍
WOW, jeszcze nigdy nie widziałam piękniejszego pokoiku dla chłopa. och, jak bym tam się bawiła i nie wychodziła z niego.
Leno 🤍
Zosiu, a ską∂ ten biały kardigan?
Witaj Zosiu, ja z pytaniem spoza wpisu: czy możesz polecić jakiś sklep z garniturami dla mężczyzn w Trójmieście? Pozdrawiam ciepło!
Jasne! Polecam Tailors Club,
Uściski!
Dziękuję!