
Pisanie książki to jedno z najbardziej osobistych doświadczeń, jakie można sobie wyobrazić. Ale jej wydanie – to już zupełnie inna historia. Dziś wiem, że publikowanie na własną rękę to ogromne wyzwanie, wymagające nie tylko odwagi, ale też determinacji, cierpliwości i gotowości do podejmowania decyzji, które wcześniej należały do całego sztabu ludzi. Ale zacznijmy od początku – o ile w ogóle ciekawi Was ten proces?
Moje pierwsze dwie książki, które okazały się dużym sukcesem wydawniczym, zostały wydane przez poznańskie wydawnictwo REBIS (Przepisy na cztery pory roku. Wrzesień 2014 oraz Razem w kuchni. Wrzesień 2016). To był dla mnie czas niezwykle intensywny, ale też – z perspektywy lat – pełen bezpieczeństwa. Byłam wtedy na początku swojej drogi: trochę niepewna, trochę zagubiona, ale jednocześnie pełna pomysłów i pasji.

Do dziś z ogromnym sentymentem wracam do momentu, kiedy w mojej głowie narodziła się koncepcja pierwszej książki. Moja córeczka miała niecałe dwa lata, a ja bardzo chciałam udowodnić – sobie i światu – że macierzyństwo można połączyć z pracą zawodową. Od dziecka miałam przed oczami obraz pracującej mamy. Jako architekt łączyła opiekę nade mną i moim młodszym bratem. Pamiętam, jak nocami ślęczała nad deską kreślarską, jak mówiła o poprawianiu błędnych linii rapidografem i jak często skarżyła się na ból pleców. A mimo to – chciałam być taka jak ona.
Wracając do początków mojej pierwszej książki – miałam wizję. Bardzo konkretną, bardzo „moją”. Szczególnie dobrze pamiętam tworzenie pierwszego rozdziału. Dzisiaj powiedziałabym, że powstał w sposób dość prymitywny – wtedy nie znałam innych programów graficznych, albo po prostu nie wiedziałam, jak z nich korzystać. Działałam metodą prób i błędów, składając wszystko z moich zdjęć i przepisów. Intuicyjnie. Na wyczucie. Jeśli pytacie, w jakim programie – odpowiem szczerze: w słynnym Paintcie.

Efekt końcowy, po dopisaniu osobistych tekstów, był czymś na kształt namacalnego konspektu – surowego, ale prawdziwego. Wysłałam go do redaktorki… i szczerze mówiąc, nie spodziewałam się odzewu. Dlatego do dziś pamiętam moment, kiedy stosunkowo szybko odezwano się do mnie z propozycją podpisania umowy. To była ogromna radość – jeden z pierwszych tak „dorosłych” sukcesów.
To były czasy, kiedy dopiero raczkowałam w tym świecie. Byłam prowadzona za rękę przez moją cudowną redaktorkę, Danielę, która nie tylko dbała o książkę, ale też o mnie. Pamiętam, jak uspokajała mnie przed kolejnymi spotkaniami autorskimi – czy to w Empiku, czy w innych miejscach. Dla mnie to wszystko było nowe, momentami przytłaczające, ale też niezwykle ekscytujące.
Był to czas młodzieńczej energii, ale i pierwszych dużych wyzwań. Pojawiły się zaproszenia do programów śniadaniowych – coś, co dla wielu jest spełnieniem marzeń. A ja… szłam tam z ogromnym stresem i – przyznam dzisiaj otwarcie – z niemałym bólem serca. Po latach potrafię już nazwać to wprost: to nie była przestrzeń, w której czułam się dobrze.
I właśnie dlatego decyzja, którą podjęłam w 2024 roku, była dla mnie tak przełomowa.

Razem z moją asystentką – a jednocześnie bardzo bliską mi osobą – postanowiłam zrealizować kolejny, bardziej śmiały projekt. Taki, który dojrzewał we mnie od dawna. Zdecydowałam, że spróbuję wydać książkę na własnych zasadach. Bez kompromisów, bez dopasowywania się do schematów, ale też… bez ochronnego parasola wydawnictwa.
I tak to się zaczęło.
Szybko okazało się, że samodzielne wydawanie książek to zupełnie inny poziom odpowiedzialności. Każda decyzja – od koncepcji, przez skład, papier, druk, logistykę, aż po sprzedaż i promocję – spoczywa na moich barkach. To nie jest już tylko tworzenie. To zarządzanie całym procesem.
Są momenty ogromnej satysfakcji, kiedy trzymamy w rękach gotowy egzemplarz, kiedy widzę coś, co powstało dokładnie tak, jak to sobie wyobraziłam. Ale są też chwile zwątpienia, zmęczenia i poczucia, że skala tego przedsięwzięcia potrafi przerastać.
A jednak… jest w tym coś niezwykle budującego i ekscytującego, może trochę uzależniającego.

Bo choć ta droga bywa trudna, bardziej wymagająca i momentami samotna, daje coś, czego wcześniej nie znałam, pełną sprawczość. Poczucie, że to naprawdę moje. Nasze. Każda strona, każda decyzja, każdy detal no i słowa, które nikt za mnie nie pisze.
Dziś patrzę na tę drogę z pokorą, ale i z dumą. Bo wiem, jak długą przeszłam drogę – od niepewnej dziewczyny, która składała pierwszy rozdział w Paincie, do kobiety, która odważyła się wziąć wszystko w swoje ręce.
I to właściwie tylko wstęp.
Bo jest jeszcze druga strona tej historii – ta, o której rzadko się mówi. Ta mniej wygodna, mniej „instagramowa”, a jednocześnie najbardziej prawdziwa.
I zastanawiam się… czy jestem już gotowa, żeby ją opowiedzieć.

Świetny artykuł! Nie mam zamiaru póki co wydawać książki ale bardzo bym chciała znać to drugą stronę historii oraz kwestie organizacyjne, czyli jak nauczyłaś się składu sama lub jak znaleźć drukarnię itp jaki nakład jest potrzebny . W ogóle jak oceniasz swoje nakłady czasowe i finansowe na wydanie książki. Bardzo cię podziwiam i nawet zaczęłam mieć moje własne pomysły w innych obszarach ale też wymagałyby ogarnięcia całego procesu od a do z. Twoje doświadczenia są bezcenne.
Zdecydowanie chcemy usłyszeć drugą część. A pewnie o trzecia. Bo jedna rzecz to książkę napisać, dwa wydać i zostaje trzeci najmniej lubiany punkt – dystrybucja i promocja.
Uciąć historię w takim momencie? No nie godzi się… pięknie zbudowany suspens, czekam na cd. :)